Zaznacz stronę

Kilka ważnych rzeczowników

Głód.

Porzucenie.

Zaprzestanie.

Niechcenie.

Odtrącenie.

Bumerang.

To tylko wycinek z całego spisu rzeczowników pojawiających się w mojej głowie, gdy myślę o swoich dwóch największych pasjach – czytaniu i pisaniu. Gdy na chwilę odsunę się od siebie samej, spojrzę z dystansu, zadaję sobie pytania – dlaczego?

Dlaczego czuję głód pisania i czytania, a później nie piszę ani nie czytam?

Dlaczego każdego dnia teraz i przez wiele dni w przeszłości porzucałam wszelkie wizje mnie zarabiającej na tworzeniu poprzez pisanie… zanim w ogóle odważyłam się pomyśleć, że można tak żyć?

Dlaczego przestałam?

Dlaczego „nie chce mi się” jest silniejsze niż „nie mogę się powstrzymać”?

Dlaczego odtrącam tę mini-mnie, która niepewnym ruchem ręki tak bardzo chce wręczyć kartkę z napisanym właśnie tekstem, pełna jednocześnie dumy i lęku?

I dlaczego to wszystko wraca jak bumerang?

Niektóre odpowiedzi na powyższe pytania są dla mnie jasne, ale czasami wolę udawać, że wcale ich nie znam. Inne pytania nie mają jednej odpowiedzi. Zaś podwalinami pod każde z nich jest, wydaje mi się, zasadnicze pytanie o naturę człowieka. Pokręconą. Pełną nakładek. Niezrozumiałą. Czasami zahukaną. Zakompleksioną. Niewiedzącą. Wiedzącą, ale nie przyznającą się. Komplikującą.

Kiedy to wszystko czasami może być tak bardzo proste. Tak. BARDZO. Proste.

Za dużo w nas analizy, za mało spontaniczności. Analizowanie zysków i strat podyktowane nieustannym pragnieniem zabezpieczenia się – najpierw tylko „się”, później także innych. Trudno winić kogoś za chęć stworzenia sobie bezpiecznych fundamentów. Ale jeśli każdy, absolutnie każdy codzienny wybór podszyty jest tylko i wyłącznie ustaloną wcześniej analizą pt. „co się bardziej opłaca, co przyniesie więcej”, to można zblaknąć. I tak się właśnie czuję. Zblaknięta.

Bo wybrałam studia, które miały mi zapewnić świetlaną przyszłość.

Bo wybrałam kolejne studia, które… w sumie nie wiem co.

Bo później wybierałam kolejne rzeczy, które wydawało mi się, że musiałam wybrać.

Bo zupełnie się w tym pogubiłam. I ten nieustanny głód, czający się wciąż gdzieś pod skórą. Głód, którego nie umiałam zdefiniować, który wydawało mi się, że sensowniej jest stłamsić niż nasycić.

Kiedy „trzeba twardo stąpać po ziemi” zderza się z „a co, jeśli…”, dzieją się bardzo dziwne rzeczy gdzieś w samym środku.

Ostatni raz stan flow czułam chyba w liceum. Czułam się tam tak bardzo na miejscu, skupiając się na nauce hiszpańskiego, literaturze i pisaniu. Pisałam coraz więcej i lepiej, a później poszłam na studia, pogubiłam się i nic już nie mogłam napisać. Przestałam czytać i pisać na rzecz nauki czegoś, co miało mi zapewnić świetlaną przyszłość. Najwyższe szczeble karier w jakichś niemożliwych miejscach. Tymczasem to tak bardzo nie było o mnie. Tylko że ja o tym nie wiedziałam.

Słowa wciąż są. Drzemią gdzieś pod opuszkami palców i rwą się do kartki za każdym razem, gdy przeczytam czyiś tekst, felieton, świetny artykuł. Albo jakiś swój tekst z przeszłości. Słowa były mi posłuszne i układały się w zdania, trafnie i plastycznie tworzyły obrazy, z których byłam dumna.

Postanowiłam zakopać swoje skarby najgłębiej jak się da, byle tylko świat nie zauważył, że ja też mogę. Nie muszę odtwarzać, mogę tworzyć. Nie muszę dusić w sobie oddechu, mogę oddychać pełną piersią.

Komplikujemy. A czasami wystarczy tylko nie przeszkadzać samemu sobie. Usunąć rozsądek odrobinę w cień, bo wtedy, w pełnym słońcu, dzieją się najlepsze, odżywcze dla nas rzeczy. I może nawet można wtedy odnaleźć siebie.

Chciałabym rzec, że rozpoczynam podróż po swoje pasje, których kompasem, w moim przypadku, powinna być… konsekwencja. Nudne i nieromantyczne słowo. Ale w wyniku moich ostatnich przemyśleń doszło do mnie, że to jest to, czego mi brakuje w różnych dążeniach. Konsekwencji. Porzucam tematy, bo nie sądzę, że to czy tamto ma sens i się uda. Dlatego teraz wyciszę ten jakże wspierający głos, a podkręcę konsekwencję. Muszę się z nią bardzo polubić, może to będzie przyjaźń? Oby.

Kolejną sprawą jest radość z procesu. Wyjawiam tu gorzkie prawdy o sobie samej, które dotarły do mnie powoli i po cichu. Docierały do mnie przez wiele dni i tygodni. Zniechęcona brakiem efektów porzucam swoje wizje. Tak po prostu. Nie umiem cieszyć się z procesu, bo chcę już widzieć efekt i denerwuje mnie, gdy go nie widzę. A przecież on nie pojawia się z dnia na dzień, jak prezent pod choinką. Droga może być ważniejsza niż sam efekt. I nieustannie o tym zapominam.

Zatem konsekwencja i droga. Kochane przyjaciółki, na które na razie łypię nieufnie. Kiedyś na drugie miałam „dyscyplina”. Potem się rozjechałam. Muszę na nowo nauczyć samą siebie, że niewiele rzeczy rodzi się z przypadku, a konsekwentna praca nad sobą może sprawić, że przestanę być porzuconym na wietrze pyłkiem, a ten wiatr wykorzystam jako siłę napędową dla moich skrzydeł.