Życie bywa historią o nieudolnym szarpaniu skrzydłami. Tymi samymi, które czasami gładko przecinają powietrze. Bywa historią o tym, jak bardzo staję się swoim własnym chatem gpt – mam wrażenie, że już tylko mielę to, co zostało powiedziane lub napisane po stokroć. Że ani cienia we mnie oryginalnej myśli. Z dumą jednak odkrywam, że ten moment, te myśli, że pusto we mnie i nie mam z czego czerpać, nie są o mnie – są o stanie, w którym obecnie się znajduję. Stanie zmęczenia, pewnego wyczerpania. Może taki moment cyklu, może całą swoją kreatywność akurat przelałam na zabawę z dziećmi, może za mało czytałam albo za mało czasu lub sił na to czytanie miałam. To nie o mnie. To o tym, że czasami skrzydła muszą odpocząć zamiast rozpaczliwie szarpać się z powietrzem. I jestem dumna, że udało mi się to wychwycić, powiedzieć sobie w lustrze: hej, spoko, to nie o tobie. To namacalny efekt terapii.
Dlatego rozlewa się we mnie spokój, gdy zamiast frustracji, wciąż widzę w sobie – i odkrywam na nowo – pełną postać, która z uporem odgania od siebie te samoistnie przyklejające się nakładki, przelotne myśli siejące niepotrzebny zamęt.
Cichy uśmiech zamiast stanowczego veto
Teraz będzie bardzo osobiście.
Kobieta. Nie dziewczynka. Nie córka, nie mama, nie żona. Kobieta, którą jestem, wymaga pełnego uznania i akceptacji – wtedy będzie mogła w pełni wybrzmieć. Czasami w bałaganie myśli zostajemy w schematach, nacieramy się własnym kurzem, a to nieustanne kichanie zrzucamy na alergię, zamiast porządnie posprzątać i dostrzec wyraźnie swój własny obraz. Bez nakładek, kurzu, szumu. Obraz: to ja, kobieta, niezależna jednostka, która – oprócz wszelkich ról – jest przede wszystkim ludzkim stworzeniem z krwi i kości. Które może tworzyć swoją historię, przynajmniej do pewnego stopnia. Która może wyjść ze schematu i przestać myśleć o sobie: jestem córką, muszę to. Jestem mamą, muszę tamto (okej, tutaj logistyka jest trochę trudniejsza). W szczególności dotyka mnie postać dziewczynki. Schemat, w który nadal podświadomie i z automatu często wchodzę. I nie chodzi tu o wiązanie uroczych kitusi. Chodzi raczej o automatyczną uległość, cichy uśmiech zamiast stanowczego veto. Przełykanie wciąż własnych potrzeb i unikanie czkawki.
Dojrzeć z miłością
Dojrzałość to nie coś, co osiągamy wraz z pełnoletnością. Dla mnie to wyprostowana głowa i pierś, gdy mówisz stanowczo i spokojnie: NIE. To stanie prosto i pewnie. To uśmiech obfity w spokojną, subtelną pewność siebie. Nie nerwowy chichot, skubanie rąbka spódniczki w kwiatki i niemrawe skinięcie głową. A później ucieczka w coś, co pozwoli nie zauważyć, że pora dojrzeć, dojrzeć naprawdę. Dojrzeć z miłością. Ze spokojem. Ale dojrzeć. Dać sobie prawo do samej siebie, choćby się ktoś miał obrazić. Nie bać się tej obrazy. Za cholerę, za żadne skarby świata, nie bać się, że ktoś się obrazi czy zachowa nieelegancko. I znowu: to nie o mnie, to o tej osobie. W tym tkwi piękno dojrzałości. Patrzę na swoją spódniczkę w drobne kwiatki i nie sądzę, bym to osiągnęła, a na pewno nie w takim stopniu, jak bym chciała. I wiem, że to TYLKO spódniczka. Ale za wyborem tej spódniczki może stać AŻ podświadomość. A ona może nam narobić kłopotu, jeśli nie zrywamy z siebie starych okurzonych warstw.
Spokojny, dojrzały lot. Skrzydła, które nie szarpią, a wiedzą, kiedy odpocząć. Mądrość i spokój. Głębokie, niezachwiane wartości i zaufanie do siebie, do zasad, do tej dojrzałej kobiety. … więc kiedy dostaję pytanie o moje cele na 2026, to…
Mówię, że sprzątanie. Nieustanne sprzątanie.
O tym dla mnie jest trend clean girl, haha. Ech, suchary…
Relacje w pracy? U mnie raczej „relacja z pracą” wysuwa się na pierwszy plan. Historia mojej zawodowej ścieżki jest naznaczona dozą rozczarowania – począwszy od pierwszych kroków tuż po studiach, bo zamiast w miejsce z możliwościami rozwoju, trafiłam do ciasnego i dusznego pudełka, w którym lider zamiast „liderować”, był jak zły nauczyciel ze szkolnych opowiadań naszych babć, a „rozwój” to tylko ładne słowo niemające żadnego przełożenia na rzeczywistość.
Zajęło mi dużo czasu, by dojść do miejsca, w którym jestem teraz, jeśli chodzi o podejście i oczekiwania względem zarówno miejsca pracy, jak i mnie jako osoby będącej pracownikiem. Nie chcę już zaglądać do przeszłości, wolę się skupić na tym, co udało mi się wypracować na przestrzeni kilku lat. Zapraszam do przeczytania o tym, jak po powrocie z drugiego urlopu macierzyńskiego i po niełatwych dla mnie zawodowych przejściach, zaczęłam budować w sobie nastawienie i „relację z pracą na etacie”.
Praca – pasją czy pasja DO pracy?
Praca w korporacji, na etacie, nie zamyka mnie w pudełku pt. jestem nudnym etatowcem. Jedyną osobą, która w takim pudełku może mnie zamknąć, jestem ja sama. Tymczasem to wciąż historia o świadomym zarządzaniu energią tak, by starczyło jej na życie poza pracą. Ale też życie w pracy, bo przeczytałam kiedyś mądrą myśl, że niekoniecznie ważne jest, by pasja była pracą – to trochę błędne myślenie, może być zgubne. Raczej warto mieć w sobie pasję DO pracy – takiej czy innej. Jeśli nie mogę zarabiać na tym, co kocham robić, pokocham to, co robię zarobkowo. Albo chociaż polubię – step by step. Przecież nie każdy ma jakieś hobby czy pasję, które go pochłaniają w 100% – i to też jest w porządku. Nie warto się wtedy frustrować, że mam „zwykłą” pracę. Większość z nas taką ma. Warto zrobić sobie codzienną misję z tego, że mam skrzynkę mailową ogarniętą, że faktury przeprocesowane, że klienci obdzwonieni. Generuj energię, nie spalaj jej. Pamiętając, że to nadal tylko praca – niech nie przysłania reszty. Nie pozwól, by stres Cię spalił. Tutaj bardzo przydaje się duchowość, bo dodaje życiu głębi i pozwala złapać odpowiednią perspektywę – jeśli wierzysz, że to życie doczesne nie do końca jest o tobie, nie jest najważniejsze, nie jesteś jego pępkiem – łatwiej wtedy spojrzeć z ukosa, odetchnąć i poczuć spokój. Działać ze spokojem. Nie pozwolić etatowym stresom targać sobą niczym wiatr cienką trzcinką. Wtedy wszystko zaczyna być łatwiejsze i, co też ważne, smakować lepiej (przynajmniej dla mnie jest to ważne).
Takie myślenie pomaga mi w codziennym budowaniu siebie, rzeczywistości wokół, w dbaniu o to, na co mam wpływ. Praca etatowa niekoniecznie musi określać mnie jako człowieka. Nie muszę też jej lubić ani kochać. Warto jednak podchodzić do niej z szacunkiem, wdzięcznością i rzetelnością. Możne nawet znaleźć w niej pole do wzrastania: o, dzisiaj komuś pomogłam. O, ja mam w sobie uśmiech i słońce, więc zmęczonej koleżance poprawiłam nastrój. O, obsłużyłam szybko tego klienta i bardzo mu pomogłam. To mnie definiuje jako człowieka. Podejście. Energia. Nie stopka maila.
Nie jestem bizneswoman
To nie zawsze wychodzi. Nie zawsze mam siłę. Bywam skrajnie niewyspana. Bywam „przeinstagramowana” – wtedy pojawiają się myśli „och, nie, mam już 33 lata i nadal nie jestem boss lady, nie mam biznesu, nie mam workation na Bali” – ale to moment. To nie o mnie. To o wyczerpaniu i fałszywych nakładkach serwowanych przez portale społecznościowe.
Zatrzymać się, wcisnąć pauzę, dać sobie oddech, przestrzeń, przyjrzeć się swoim emocjom i myślom – oddzielić to, co Twoje od tego, co sztucznie wykreowane, nałożone, niepotrzebne.
Pomóc sobie. Uprościć.
Tam, gdzie zaczyna się samookreślanie – jestem bizneswoman, jestem etatowcem, mam pasję, nie mam pasji, kocham to, co robię, nie cierpię tego, co robię – tam zaczyna się brak oddechu, zamknięcie, szufladkowanie – czy jest nam to jakkolwiek potrzebne? Czego nam potrzeba, to więcej samoakceptacji i spokoju. To tutaj zaczyna się przestrzeń na wzrastanie – czy to na etacie, czy na własnej działalności, czy też zajmując się całodobowo dziećmi w domu.
Podsumowania miesięcy zawsze mi się podobały u blogerów. Dlaczego? Lubię porządek, a wszelkie podsumowania, spojrzenia wstecz, układanie sobie czegoś, jakby porządkowało życie. I też tak chciałam. Kolejnej zachciance mówię „tak, zapraszam”, więc mam swoje pierwsze podsumowanie miesiąca – w mojej głowie rozbrzmiały fanfary.
Zerkam na kalendarz. Tydzień w tydzień. Teraz ćwiczenie kreatywności – każdy tydzień podsumowany jednym zdaniem, bo tak to sobie wymyśliłam. A teraz wysiłek dla zwojów mózgowych – co to się działo na początku stycznia? Nic? Ach…
Lecimy.
I. To właściwie jeszcze nie jest styczeń. To ta dziwna przestrzeń pomiędzy grudniem a rokiem 2026.
Poklepuję się z czułością w miejscu, gdzie pod skórą i żebrami znajduje się żołądek. Czy o niego dbałam w te święta? Chyba niezbyt, biorąc pod uwagę ilość spożytego cukru wraz z makowcem, piernikami i innymi cudami. Gdy dodać do tego absolutny brak wyrzutów sumienia równanie wychodzi… chm, no nie wiem, u mnie na zero. Bo skoro była pełna zgoda z samą sobą, obietnica, że „po szóstym już koniec!” (szóstym stycznia, nie szóstym kawałku sernika), akceptacja, no to… to ten cukier na pewno inaczej zadziałał w organizmie. Jak ciepła kołderka w zimowy dzień. Przynajmniej taką mam teorię. Zatem pierwszy tydzień stycznia był o jedzeniu, akceptacji, kolędowaniu i czasie z rodziną. I o budowaniu Lego – zapomniałam, jakie to odprężające.
II. Styczeń wszedł cały na biało. Ja zdecydowanie nie.
Realizacja pierwszego postanowienia (nie noworocznego, tylko ogólnego): regularnie basen z dziećmi. Raz w tygodniu. Zabawa, pluskanie, a może przy okazji, zupełnie niechcący, nauka pływania. Z dumą uznaję, że plan wykonany. Bez jeńców. Z wypiekami. Z radością mimo zmęczenia. Było super! I czekam na więcej!
III. Zaczynam być blogerką. Make it simple, take it easy.
Zaczynam, ale czy skończę…? Oby nie! Oby fala mnie niosła. Kolejny tydzień – czy „równa się” basen? Niestety. Już nie pamiętam, dlaczego, ale ze względów rozsądkowych odpuściliśmy. O czym jest ten tydzień?
O niespaniu, walce z ciemnością za oknem i we własnej głowie. O pytaniach i odpowiedziach. O kreującej się właśnie ścieżce zawodowej. O łzach, wyzwaniach, matczynych rozterkach. O „już dłużej nie dam rady”, a potem o dawaniu rady.
IV. Dzień Babci i Dziadka, poważne wystąpienia i mnóstwo matczynych rozmyślań tkanych głównie nocą, przed „zaśnięciem”.
Wystąpienie, które wzruszyło, mimo że na nim nie byłam. Nowe ząbki. Duma. Podejmowanie decyzji. Niepewności. Ciągłe niewyspanie. Natarczywa senność atakująca znienacka. Jak tu się roztroić? A gdzie przestrzeń dla mnie? Kolejne istotne decyzje i rozważania, o których nie chcę mówić głośno. Mózg paruje, czacha dymi, a ciało…
V. … a ciało mówi „dość”.
Więc mały resecik na zakończenie miesiąca. Zmęczenie i niewyspanie przewyższające moje siły. Żołądek odmawia posłuszeństwa, a ciało decyduje za mnie: „skoro, mimo obietnic, nie umiesz położyć się chociaż raz spać o 21, to masz! Proszę, zatrucie, teraz idź leżeć, babo”. Krótka historia o tym, co się dzieje, gdy notorycznie nie słuchasz organizmu i myślisz, że masz więcej siły, niż masz. 🙂
* * *
A cały styczeń generalnie był o nierobieniu zdjęć. Które miałam robić, by okraszać nimi wpisy. Także tak. Żegnam styczeń, witam luty – oby był bardziej fotograficzny (lub fotogeniczny…?).
Luty będzie ciekawy, bo coś się zaczyna.
Coś innego kończy. Czy jestem gotowa na zmiany? Zobaczymy, bo jedyne odpowiedzi w mojej głowie na setki bombardujących pytań, to „nie wiem”, „chyba”.
W wirze matkowania zapominasz się tak bardzo, że padasz na twarz, gdy czasami schodzisz z tego haju. Jesteś już tylko matką i na nic więcej nie robisz miejsca. Nieświadomie. Kruszysz swoje chęci ulepszania świata w dłoniach i rozdajesz je swoim skarbom – dzieciom – bo tak bardzo ich kochasz, bo tak bardzo chcesz, żeby byli zdrowi, uśmiechnięci, szczęśliwi, żeby niczego, absolutnie niczego im nie zabrakło, a na pewno nie Twojej uwagi i miłości. W głębi duszy pragniesz, by cały świat także traktował ich jak największe skarby.
Czasami patrzysz w dal, patrzysz na kolejne prosto-trudne wyzwanie codzienności w domu jak na szczyt nie do osiągnięcia, mimochodem przebiega Ci myśl „nie no, nie dam już rady”, po czym po prostu podwijasz rękawy i idziesz, i robisz, i bierzesz te szczyty niczym pachołki.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zabawa w wycinankę
Każdego dnia wycinasz kolejny kawałek siebie, wycinasz fragment niecierpliwości, kolejną potrzebę głębszego snu lub pobycia w samotności. Następny dzień bez makijażu, bo nie było czasu rano? Wycinasz na to miejsce i akceptujesz, bo to nie jest teraz istotne.
Plastrami z siebie okładasz najmłodszych, wykładasz ich ścieżki, by były miękkie dla ich cudnych, małych stópek. Kolorujesz im świat na ich ulubione kolory, nawet jeśli najlepszy to zielony, ale nie, bo jednak czerwony. Braknie Ci już farb i blakniesz, ale kolorujesz dalej i nawet z uśmiechem, bo tak bardzo ich kochasz.
Wysuszasz się przez te płynące czasami łzy, bo nie masz już siły. I wciąż Ci się wydaje, że jeszcze za mało dałaś. Że mogłaś więcej, lepiej, zdrowiej, czulej, spokojniej. Bierzesz bat i na te łzy biczujesz się, bo może jednak miałaś za mało cierpliwości, bo warknęłaś, bo nie chciało ci się czytać kolejnej strony o triceratopsie. I znowu włączyłaś bajkę, by móc ugotować obiad.
Te nożyczki do wycinania samej siebie w końcu się stępią, ale spokojnie, bo znajdziesz inne narzędzie, a może własne dłonie, by to nimi wydzierać wciąż więcej i więcej z niespożytego źródła, jakim jesteś ty sama.
Przychodzi noc i czasem śpisz, a czasem nie. I znów się odradzasz, bo jesteś czarodziejką. Przytulasz małe ciałka, wąchasz małe główki i nie czujesz, że żyjesz, bo taka jesteś zmęczona, ale wiesz, że żyjesz, bo nigdy nie żyłaś bardziej.
Jesteś piękna, mamo
Po prostu „robisz swoje”, nieświadoma własnego piękna. Może pranie i rozszerzanie diety niewiele mają wspólnego z pięknem, ale Ty już tak, czarodziejko-mamo. Jesteś źródłem. Jesteś mocą. Po prostu jesteś. I gdy wątpisz, przeczytaj ten tekst. To nadzwyczajne i nienormalne – jednocześnie tak bardzo nie mieć siły i tak bardzo ją mieć. To o tobie.
I pamiętaj – zostaw trochę siebie dla siebie. Wydzieraj ułamki czasu na samotny spacer czy kawę. To zdrowe. Twoje dzieci potrzebują Ciebie uśmiechniętej i chociażby w miarę zrelaksowanej. Nie udającej zrelaksowaną, nie z przyklejonym uśmiechem.
Nie chodzi o kolejne miejsce kultywowania dość już chyba oklepanego trendu minimalizmu i minimalistycznego życia jako jednego z tysiąca sposobów na osiągnięcie życiowego szczęścia. To zazwyczaj, tak czy siak, jest bardzo osadzone w temacie posiadania, czyli w istocie – czystego materializmu. Bardziej chodzi mi o upraszczanie myślowych korytarzy, które zdają się nie mieć końca. A jeśli mają, to często kończą się ślepym zaułkiem.
Make it simple to w sumie miejsce dla mnie samej, w hołdzie do pasji, jaką jest dla mnie pisanie. Pasji, którą z pasją ukrywam lub unikam pod pretekstem braku czasu czy zmęczenia. Tymczasem mija kolejny rok, a wszystkie blogi, które kiedyś założyłam z chęcią prowadzenia, miałyby więcej lat niż mój starszy syn.
Make it simple to nie miejsce wzorujące się na pewnym znanym blogu, czy też, nie daj Boże, kopiujące. Choć nazwa może podobna, to w sumie podobieństwo przypadkowe. Mimo że tamto miejsce lubię, tam też jest głównie o rzeczach. I okej. Lubię rzeczy. Lubię kupować. Nie jestem minimalistką, a przynajmniej nie w każdym obszarze posiadania czy życia i raczej nie stuprocentową. Podobieństwo jest przypadkowe. Idea raczej odmienna. Styl także.
Make it simple to miejsce odkurzania syfu zbierającego się w tygodniu, miesiącu, w chwilach. Chęć strzepnięcia tych myśli, co robią bałagan i uniemożliwiają racjonalne myślenie.
Make it simple to – w opozycji do promowania trendu minimalizmu opartego na nieposiadaniu rzeczy – kultywowanie pracy własnego umysłu w odarciu od wpływów najmożniejszych wśród influcenrów. Czyli na nieposiadaniu niepotrzebnych myśli. Co jest trochę paradoksalne, wszak sama mam konto w wiadomym miejscu 🙂 Ale to miejsce jest jak miecz obosieczny. Skoro można nim kosić niezależne myślenie, może można też kosić jego brak. Zobaczymy. 😉
Make it simple – ta nazwa po prostu do mnie przyszła w kolejny wieczór, kiedy miałam się w końcu wyspać. Bang, 23:37, no już, makeitsimple, pisz.
Byłam solariską i ta nazwa, pochodząca od mojego nazwiska, budziła we mnie dumę – że taką fajną udało mi się wymyślić. Ale solariska, oprócz fajnej nazwy, nic nie wskórała w obliczu mojego wiecznie tak bardzo podświadomego podcinania sobie skrzydeł w kontekście pisania i tworzenia czegoś – ot, choćby dla siebie, choćby z pasji, choćby „tak po prostu”. Poczułam więc potrzebę stworzenia czegoś nowego, odświeżenia, a nie zakładania wciąż starych butów w nowe miejsca.
Może make it simple stworzy to coś nowego na przekór mojemu wewnętrznemu sabotażyście. Tutaj właśnie zawiera się istota tego miejsca: kończże tę rozkminę, makeitsimple, po prostu pisz, i załóż tego bloga, i pisz, jeśli to ci sprawia radość.
W pewnym sensie zainspirowała mnie także pewna osobowość z social mediów – która dopiero co założyła vloga i tak po prostu mówi do kamery, bo to lubi. I mówi o pizzy z serka wiejskiego, o prozie życia i fajnie to jej wychodzi. Gdy powiedziała wprost do kamery, że ona uwielbia „tak sobie gadać”. Co prawda nie mam miliona obserwujących na IG, ale nie taki mój cel. Make it simple. Po prostu pisz.
W hołdzie dla literackości, poetyckości, dla zachwytów zwykłością i moim zamiłowaniem do lepienia słów w pejzaże. Niech to będzie wyzwaniem/postanowieniem/celem na 2026 albo w ogóle, na życie.