Zaznacz stronę
O styczniu – gdy ręka jeszcze sięga po ciastka

O styczniu – gdy ręka jeszcze sięga po ciastka

Podsumowania miesięcy zawsze mi się podobały u blogerów. Dlaczego? Lubię porządek, a wszelkie podsumowania, spojrzenia wstecz, układanie sobie czegoś, jakby porządkowało życie. I też tak chciałam. Kolejnej zachciance mówię „tak, zapraszam”, więc mam swoje pierwsze podsumowanie miesiąca – w mojej głowie rozbrzmiały fanfary.

Zerkam na kalendarz. Tydzień w tydzień. Teraz ćwiczenie kreatywności – każdy tydzień podsumowany jednym zdaniem, bo tak to sobie wymyśliłam. A teraz wysiłek dla zwojów mózgowych – co to się działo na początku stycznia? Nic? Ach…

Lecimy.

I. To właściwie jeszcze nie jest styczeń. To ta dziwna przestrzeń pomiędzy grudniem a rokiem 2026.

Poklepuję się z czułością w miejscu, gdzie pod skórą i żebrami znajduje się żołądek. Czy o niego dbałam w te święta? Chyba niezbyt, biorąc pod uwagę ilość spożytego cukru wraz z makowcem, piernikami i innymi cudami. Gdy dodać do tego absolutny brak wyrzutów sumienia równanie wychodzi… chm, no nie wiem, u mnie na zero. Bo skoro była pełna zgoda z samą sobą, obietnica, że „po szóstym już koniec!” (szóstym stycznia, nie szóstym kawałku sernika), akceptacja, no to… to ten cukier na pewno inaczej zadziałał w organizmie. Jak ciepła kołderka w zimowy dzień. Przynajmniej taką mam teorię. Zatem pierwszy tydzień stycznia był o jedzeniu, akceptacji, kolędowaniu i czasie z rodziną. I o budowaniu Lego – zapomniałam, jakie to odprężające.

II. Styczeń wszedł cały na biało. Ja zdecydowanie nie.

Realizacja pierwszego postanowienia (nie noworocznego, tylko ogólnego): regularnie basen z dziećmi. Raz w tygodniu. Zabawa, pluskanie, a może przy okazji, zupełnie niechcący, nauka pływania. Z dumą uznaję, że plan wykonany. Bez jeńców. Z wypiekami. Z radością mimo zmęczenia. Było super! I czekam na więcej!

III. Zaczynam być blogerką. Make it simple, take it easy.

Zaczynam, ale czy skończę…? Oby nie! Oby fala mnie niosła. Kolejny tydzień – czy „równa się” basen? Niestety. Już nie pamiętam, dlaczego, ale ze względów rozsądkowych odpuściliśmy. O czym jest ten tydzień?

O niespaniu, walce z ciemnością za oknem i we własnej głowie. O pytaniach i odpowiedziach. O kreującej się właśnie ścieżce zawodowej. O łzach, wyzwaniach, matczynych rozterkach. O „już dłużej nie dam rady”, a potem o dawaniu rady.

IV. Dzień Babci i Dziadka, poważne wystąpienia i mnóstwo matczynych rozmyślań tkanych głównie nocą, przed „zaśnięciem”.

Wystąpienie, które wzruszyło, mimo że na nim nie byłam. Nowe ząbki. Duma. Podejmowanie decyzji. Niepewności. Ciągłe niewyspanie. Natarczywa senność atakująca znienacka. Jak tu się roztroić? A gdzie przestrzeń dla mnie? Kolejne istotne decyzje i rozważania, o których nie chcę mówić głośno. Mózg paruje, czacha dymi, a ciało…

V. … a ciało mówi „dość”.

Więc mały resecik na zakończenie miesiąca. Zmęczenie i niewyspanie przewyższające moje siły. Żołądek odmawia posłuszeństwa, a ciało decyduje za mnie: „skoro, mimo obietnic, nie umiesz położyć się chociaż raz spać o 21, to masz! Proszę, zatrucie, teraz idź leżeć, babo”. Krótka historia o tym, co się dzieje, gdy notorycznie nie słuchasz organizmu i myślisz, że masz więcej siły, niż masz. 🙂

* * *

A cały styczeń generalnie był o nierobieniu zdjęć. Które miałam robić, by okraszać nimi wpisy. Także tak. Żegnam styczeń, witam luty – oby był bardziej fotograficzny (lub fotogeniczny…?).

Luty będzie ciekawy, bo coś się zaczyna.

Coś innego kończy. Czy jestem gotowa na zmiany? Zobaczymy, bo jedyne odpowiedzi w mojej głowie na setki bombardujących pytań, to „nie wiem”, „chyba”.